Do cholery, co jest grane?!

Do cholery, co jest grane1www

Nie wiem czy logopedzi, którzy czytają mój blog też się ze mną zgodzą. Od jakiegoś czasu trafia do mnie o wiele więcej dzieci z zaburzeniami rozwojowymi niż do tej pory. Nie wiem czym to jest spowodowane, ale kiedy zaczynałam swoją przygodę z logopedią nie miałam, aż tylu dzieci ze spektrum autyzmu lub z autyzmem. Zaczęłam się tym interesować, czytać, oglądać filmiki, analizować statystyki i czytać artykuły i przede wszystkim słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać osób, które do mnie trafiają. Co jest grane? O co chodzi? Co jest powodem tego, że obecnie nie mam miesiąca bez diagnozy o podejrzenie autyzmu! Nie wspominając już o jakichś większych akcjach diagnostycznych. No i dlaczego około 40% jakie prowadzę obecnie to dzieci zaburzone rozwojowo, diagnozowane w późniejszym czasie pod kątem autyzmu. W literaturze i badaniach często wspomina się o szkodliwym działaniu szczepionek, sztucznie wspomaganej żywności, fast foodach, słodyczach, przesycie wysoko rozwiniętą technologią i szybkim, zabieganym życiu.

Korzystając z okazji, że pierwsze 2 tygodnie czerwca spędziłam w Polsce, rozmawiałam dużo i  długo ze swoją rodziną na temat, jak to było kiedyś. Jak wyglądał świat i ich dzieciństwo.
Na podstawie tych rozmów napisałam tego posta. Zebrałam wszystkie myśli w jedną całość, dopisałam też swoje spostrzeżenia i fakty o moim dzieciństwie.
Zapraszam do lektury.

Dla ułatwienia będę posługiwała się następującymi terminami:

  • lata 40 XX wieku – to obraz dzieciństwa mojej Babci. Urodziła się ona w 1938 roku. Mieszkała w Polsce, w małej miejscowości pod Warszawą. Jej dzieciństwo nie było usłane różami – II Wojna Światowa.
  • lata 60 XX wieku – to czasy dzieciństwa moich rodziców. Obydwoje urodzili się na początku lat 60. Były to czasy komuny w Polsce czyli, krótko mówiąc, dość specyficzny okres w historii naszego narodu.
  • końcówka lat 80 XX wieku – to obraz mojego dzieciństwa. Przyszłam na świat w 1988 roku a w 1989 roku Polska wyrwała się spod rządów komunistycznych.
  • końcówka lat 90 XX wieku – to czas, gdy na świat przyszła moja Siostra. Urodziła się ona w 1999 roku. Mimo, że jesteśmy z tego samego pokolenia nasze dzieciństwo różniło się znacząco, dlatego postanowiłam to uwzględnić.
  • XXI wiek – współczesność. Mam możliwość szeroko zakrojonej obserwacji. Więc chodzę i podziwiam co się wyprawia…

Pytania układałam na podstawie rozdziału jednej z książek J. Cieszyńskiej, w którym pisała o zagrożeniach współczesności.

Do cholery, co jest grane?!
Jedzenie

(lata 40′) Mięso, mleko, jajka, itp. pochodziło głównie z gospodarstw. Wiele produktów (tj. śmietana, twaróg, masło, makaron, soki) wyrabiało się samodzielnie. Żeby np. mieć mąkę szło się do młyna ze zbożem i mąkę się mieliło. Nie było, rzecz jasna, gotowych mąk z ulepszaczem smaku, spulchniaczem i innych cudów na kiju. Nie było lodówek, więc wszystko jadło się na bieżąco. Silna solanka była sposobem na przetrzymywanie mięsa, ziemniaka owoców i warzyw. Słodyczy nie było. Może cukierki typu raczki, ale to był rarytas. Ciasta, ciastka były wypiekane samodzielnie, podobnie jak chleb. Do roku czasu dziecko jadło przecierane posiłki. Potem w miarę możliwości dania były drobione, cięte na mniejsze kawałki. Dziecko jadło jak dorośli. Jeśli nie chciało, trudno. Zjadło jak zgłodniało 😉

(lata 60′) Więcej produktów było dostępnych w sklepach, aczkolwiek ich data ważności nie była długa. Mleko kisło po 2 dniach, chleb na zakwasie stawał się twardawy już na drugi dzień. Mleko, jajko, sezonowe owoce i warzywa kupowało się od gospodarzy na rynku. Podobnie jak w latach 40′ wiele produktów robiło się samodzielnie. W sklepach nie było mrożonych posiłków. Obiad trzeba było po prostu ugotować, a nie kupować gotowe danie i odgrzać w mikrofalówce. Z napojów gazowanych dostępna była oranżada. Pepsi, Cola, soki w kartonach nie istniały. Zasada posiłków dla małych dzieci była podobna do opisanej w latach 40′.

(lata 80′) Teraz o mnie 🙂 Miałam to szczęście, że moi dziadkowie, z którymi mieszkaliśmy mieli własną działkę z warzywami i drzewa owocowe koło domu oraz kury i króliki. Także zazwyczaj prędzej czy później trafiały one na nasz stół ;). Po mleko chodziło się z kankami wieczorem. Gospodarz przyjeżdżał i sprzedawał litr mleka za parę złotych. Nigdy nie zapomnę smaku i zapachu, jeszcze ciepłego i spienionego mleka. Uwielbiałam to. Słodyczy nie pamiętam za wiele. Może gorzka czekolada w takich cieniutkich płatach, kakao, lizaki i gumy Donald. Szał robiły napoje gazowane i chrupki kukurydziane zwykłe, jedzone z mlekiem lub orzechowe kulki. Mama twierdzi, że nie dawała mi papek do jedzenia 😉 Byłam niejadkiem, ale gryzłam i żułam jedzenie. Fakt, że czasem odbywało się to 3 godziny po wzięciu kęsa, ale to pozostawię bez komentarza :). Pamiętam, że mama i babcia piekły dużo ciast i przekąsek. Gdy byłam starsza mama robiła jogurty. Tak, robiła. Nie kupowaliśmy ich  ze sklepu. Babcia robiła domowe lody.

(lata 90′) Owoce i warzywa do tej pory sezonowe można było spotkać na półkach przez cały rok. Choć u nas i tak większość z nich pochodziła z własnej uprawy i do dziś tak jest 🙂 W sklepach królowały produkty z długą datą ważności, a wiec konserwanty aż z nich kapały. Tak było w przypadku nabiału, mięsa, słodyczy, napojów, itd. Na półkach niczego nie brakowało. Wszystko dostępne, do wyboru do koloru. Tak jak jest i teraz. W większym mieście fast foody były normą. Wiele tego typu restauracji przyciągało dzieci specjalnymi ofertami. Prócz niezdrowego jedzenia, bezużyteczna zabawka gratis. Co gorsza i w małych miejscowościach, już po wejściu Polski do UE, dużo osób próbowało swoich sił otwierając bary z pizzą, kebabami i hot dog’ami. Przypomina Ci to coś?

(XXI wiek) Wszystko można kupić zawsze i o każdej porze dnia i nocy. Nie ważne czy rośnie to normalnie w czerwcu czy w sierpniu. W sklepach jest dostępne przez cały czas. Daty ważności są tak długie, że nie wiem czy jakiś produkt mnie nie przeżyje 😉 Konserwanty aż ociekają z mięsa, słodyczy, owoców… Osobiście przyjmuję zasadę – Jak robak zjadł i żyje, to Ty też zjesz i będziesz żyć… Ale o owoce, warzywa z robakiem dziś trudno jak w PRL-u o banany! Niestety robaki i inni “naturalni testerzy” nie przeżywają zderzenia z chemią! Słodyczy jest tyle, że nie wiem w sumie czy się różni produkt A od produktu B, C, D, E, F…. Z. A wiem… nazwą producenta, ceną. Za to zawartość cukrów wszędzie taka wysoka, że gdyby ten cukier “wysypać na kupkę”, to niezła góra by wyszła. Nie będę komentować “szybkiego jedzenia” i ludzi podjeżdżających autem po zestaw śniadaniowy w jakiejś “restauracji” fast food’owej. Papki dla dzieci na każdy miesiąc życia w supermarket mają swoje specjalne, rozbudowane działy. Ot!

Do cholery, co jest grane?!
Poznawanie przestrzeni

(lata 40′) Dzieci zazwyczaj były brane w wózkach na pole i tam czekały aż wszystkie prace się zakończą. Kobiety często nosiły je na rękach. Małe dzieci spały w kołyskach lub były usypiane i przenoszone w becikach. Samochodów nie było, więc kiedy jechało się konno, wozem, saniami dziecko siedziało na kolanach mamy lub obok niej. Ludzie często nie mieli innych środków transportu jak własne nogi. Więc “długie spacery”, także z dziećmi, były codziennością.

(lata 60′) W tych latach dzieci również wożono w wózkach. Zaczęły się pojawiać samochody ale nie było ich dużo. Podczas jazdy dzieci siedziały u rodziców (mam) na kolonach.

(lata 80′) Nic poza tym, że samochodów było więcej, się nie zmieniło. Oczywiście względem lat 60′ 🙂 W dzieciństwie od kiedy zaczęłam chodzić została przyjęta zasada. Jeśli chodzi to dojdzie. Nawet, gdy miało mi zająć to godzinę zamiast 15 minut do celu szłam żwawo. Czasem siadałam i marudziłam ale potem znowu do przodu!

(lata 90′) Samochodów było bardzo dużo. Praktycznie każda rodzina posiadała własne auto. Wprowadzone przepisy regulowały to, że dziecko musi być przewożone w specjalnych fotelikach, a potem, do osiągnięcia odpowiedniego wzrostu, siedzieć powinno na podkładkach. Prócz wózków i fotelików coraz modniejsze stawały się chodziki…eh.

(XXI wiek) Za czasów dzieciństwa mojej Siostry nie było to jeszcze takie popularne ale pomału się pojawiało. Mam na myśli “smycze” dla dzieci. Jest to przerażające, nie sądzisz? Po pierwsze dziecko nie może poruszać się swobodnie, a po drugie rodzice nie pozwalają mu się przewracać. A to przecież jest istotne dla rozwoju koordynacji, równowagi, świadomości ciała i umiejętności podnoszenia się w sensie dosłownym i przenośnym 🙂
No i wszechobecne “za duże” dzieci w wózkach, bo rodzicom się spieszy, a bo autobus ucieknie, a bo tramwaj odjedzie, zamknął sklep 24-godzinny 😉 To jakaś paranoja. Dziecko ma nogi, MA, chodzić może, MOŻE! To niech przemieszcza się samodzielnie i we własnym tempie! A nie dowóz wszędzie szybko i bez własnego wysiłku.

Do cholery, co jest grane?!
Rozwijanie mowy

(lata 40′) (lata 60) Dzieci niejednokrotnie wychowywały się w domu wielopokoleniowym, w którym babcia, dziadek to była sytuacja normalna. Reszta cioć, wujków i kuzynów mieszkało bardzo blisko, czasem nawet za blisko :). Dzieci miały towarzystwo do zabawy. Nie brakowało dzieci nieco starszych do opieki nad młodszymi. Babciom i dziadkom czas płynął inaczej (jak to zazwyczaj bywa), więc się nigdzie nie spieszyli i chętnie podejmowali się opieki nad wnukami. Piosenek, wyliczanek, kołysanek, opowiadanych bajek było bardzo dużo. Dziadkowie mówili do dzieci normalnie, nie spieszczali mowy. Mieli także czas na rozmowy i dialogi!!! 🙂

(lata 80′) Po raz kolejny mogę napisać, że byłam szczęściarą. Moi rodzice pracowali ale dziadek był już na emeryturze. Choć w okolicy, w której mieszkałam dzieci było jak na lekarstwo nigdy się nie nudziłam. Dziadek, zabierając mnie na spacery gadał do mnie bez przerwy. A potem, gdy zaczęłam zadawać pytanie, odpowiadał na nie ochoczo. Babcia opowiadały mi bajki.  Rodzice uczyli mnie wyliczanek i dziecięcych wierszyków. Trochę później, gdy modniejsze stały się magnetofony i odtwarzacze płyt CD śpiewaliśmy dużo polskich i zachodnich utworów muzycznych, bawiąc się przy tym znakomicie. Mile tez wspominam bajki puszczane z kaset. 

(lata 90′) Zawsze było miejsce na czytanie bajek na dobranoc i wspólne spędzania czasu. Siostra zawsze była zainteresowana książkami, dlatego moja Mama wykorzystywała to i sporo jej czytała i opowiadała o obrazkach. Kiedy Mama wróciła do pracy, Siostra dużo czasu spędzała ze mną, co niejednokrotnie wiązało się z nabitym guzem na głowie lub kolanie 😉 Dużo się razem bawiłyśmy, rozmawiając przy tym żywo. 

(XXI wiek) Dzieci mnóstwo czasu spędzają “bawiąc się” samodzielnie czyt. oglądając bajki w telewizji lub na youtube, grając w gry na komputerze, tablecie i innych cudach techniki. Prośby kierowane do nich są raczej zachowane w trybie rozkazującym: Szybko! Ubieraj się! Siadaj! Bądź cicho. Jedz! I jak się do tego mają prośby, proste zdania, zdania złożone? Jak dziecko słyszy, tak też się uczy i tak będzie mówić (o ile będzie). Bajki czytane, opowiadane? Są niestety rzadkością (ale niektórzy je celebrują), bo jak to często słyszę: On/ -a nie słucha; A tak próbowałem/ -łam ale tak się kręcił/ – a, że przestałem/ -am. Szkoda przecież mojego czasu, nie chce to nie.
Śpiewanie piosenek, nauka wyliczanek, wierszyków pojawia się najczęściej w przedszkolach lub szkołach albo u mnie na zajęciach 😉

Podsumowanie

Na ogólne podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, bo planuję drugą część tego posta. To jeszcze nie koniec. Za tydzień będę pisać o grach i zabawach, telewizji, komputerach, lekach, szczepionkach, treningu czystości, samodzielności i o akceptacji dzieci z problemami rozwojowymi.

Ps. Wszystko co opisałam w poście to subiektywne opowieści i wspomnienia mojej rodziny i moje obserwacje. Możesz się z nimi nie zgadzać lub mieć inne doświadczenia. Daj koniecznie znać w komentarzach!


Podobał Ci się dzisiejszy wpis?

Jeżeli tak to na pewno spodobają Ci się moje bezpłatne materiały! Do pobrania są m.in. E-book o diagnozie logopedycznej i autorskie gry terapeutyczne! 🙂

4 Comments

  1. Witam. Tekst bardzo fajny. Zgadzam się ze wszystkim . Teraz znowu przychodzi moda na zdrowe jedzenie ale jeżeli ktoś od małego miał wpojone zdrowe jedzenie to myśle ze będzie dale przekazywał je w swojej rodzinie. Ja opiekuje się moimi dziećmi sama, nikt mi nie pomaga, mąż cały dzień w pracy. Zawsze staram się aby obiad był ugotowany a jedzenie typu fast food gościło bardzo zadko i zazwyczaj jest to po prostu sposób na zjedzenie czegos na mieście i to może góra raz w miesiącu. Przekąski, ciastka czy drugie śniadanie szykuje sama. Owszem zajmuje mi to sporo czasu ale mam z tego satysfakcję jak widzę ze moje dzieci nie chcą jeść kupnych słodyczy No prócz czekolady Jak wybierają wodę zamiast słodkich napojów jak wcinają ziarna: słonecznik, dynie . Jak uwielbiają kasze : gryczana, jaglana, jęczmienna itd. ziemniaki tylko przejdą jako kopytka . Chorują , nie w sumie nie chorują. Moje dzieci nie miały ani razu antybiotyku ( 2,5 i 5 lat )!!! Dodam ze prócz wody piją herbatki ziołowe. Ale , tak jest jedno ale mogę się im poświecić bo jestem z nimi w domu cały czas i rozumiem matki pracujące , ale uważam również ze dla chcącego nic trudnego bo lepiej podać Sok z kartonu z cukrem i innym ulepszaczami smaku niż zaparzyć herbatę Ale to już każdego wybór.

  2. Witam,

    poznaje znajomą twarz 🙂 Tak, to wszystko prawda co napisałaś. Sądzę, że trzeba raczej zadać pytanie: Czy to potrzeby dzieci się zmieniły, czy raczej świat wariuje i narzuca takie trudne wybory i realia do życia? Myślę, że rodzice chcą jak najlepiej dla swoich dzieci, tyle że też są ludźmi i czas po urodzeniu dzieci ma tendencję do skracania a nie wydłużania. Trzeba w takim razie tego posta podesłać pracodawcom 😉

  3. Wszystko to prawda, ale..! Ja urodziłam sie w latach 80-tych i pomimo, że nie miałam dziadków blisko, moja mama miała możliwość wzięcia 3-letniego urlopu wychowawczego i opiekować się mną w pierwszych latach zycia: bez pośpiechu, miała czas na gotowanie posiłków, spacery, przygotowywanie domowych przetworów i czytania bajek na dobranoc. Powrót do pracy miała pewny jak amen w pacierzu, a gdy chorowałam, mogła wziąć nieograniczoną ilość opieki czy urlopu bezpłanego. Ja urodziłam swoje dzieci po 2000 roku. Musiałam wrócić do pracy, gdy skończyły 5 miesięcy (nie załapałam się na roczny macierzyński), a i to cud, bo pracodawca na każdym kroku dawał mi odczuć, że powinnam być wdzięczna, że w ogóle miałam gdzie wrócić, bo przecież 5000 osób było na moje miejsce. Spędzałam w pracy każdą chwilę, a na zaległe maile odpowiadałam trzymając dziecko na kolanach lub kłysząc nogą dziecięcy bujak. Gdy dzieci chorowały, nie szłam na opiekę by się nimi zajmować, tylko brałam 1-2 dni urlopu, by pójść do lekarza i nie rozstawałam się w tym czasie ze służbowym mailem. Gdy największa gorączka mijała, zostawiałąm dzieci u sąsiadki (fajnie, że miałąm taką możliwość, bo dziadkowie daleko) i biegłam do pracy… Jeszcze jest Tata, ale on w zasadzie był też poza zasięgiem, bo pracował na 2 etaty, by jakoś utrzymać dom i rodzinę… W takim szale, gdy liczy się tylko praca i jesteśmy zmuszani do angażowania się całym sobą do pracy, kosztem własnego czasu i rodziny, nie ma czasu na przygotowywanie zdrowych posiłków, jeżdzeniem do rolnika poza miasto po dobre warzywa. Dziękowałam Bogu za dobrodziejstwo gerberów i kobiecego pokarmu, bo nie trzeba było nic robic 🙂 A nawet, gdybym chciała wszystko przygotowywac samodzielnie i zdrowo, to pytam kiedy? bo doba nadal ma tylko 24h :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *